Do dziś włos się jeży i dłonie zaciskają się w bezsilnej wściekłości, kiedy przypominamy sobie wielkie stracone szanse, jakie dała Polakom historia w 1830 roku. Jeszcze dziś chciałoby się rozerwać na strzępy dyktatorów zdrajców: Chłopickiego, Skrzyneckiego, Krukowieckiego i Rybińskiego. I serce krwawi na myśl o tysiącach rodaków, którzy walcząc bohatersko za ojczyznę, polegli, zostali okaleczeni, opuścili kraj bądź wyzionęli ducha pod ciosami rosyjskich knutów.
Dziś przypominamy jeden ze zwycięskich bojów powstania listopadowego -pod Stoczkiem. Jedną z wielu rozegranych wtedy zwycięskich dla nas bitew, z których żadna, niestety, nie była rozstrzygająca. Te boje udowodniły jednak, że mieliśmy wspaniałych, odważnych żołnierzy oraz stratega prawdziwie napoleońskiej szkoły, czyli Ignacego Prądzyńskiego, a także niezrównanych dowódców średniego szczebla, jak wsławiony pod Stoczkiem Józef Dwernicki.

I to wszystko poszło na marne. Podchorążowie nie mieli koncepcji skutecznej walki o przywrócenie suwerenności państwa. Elity polityczne zostały zaskoczone i później podejmowały decyzje pod naporem opinii publicznej. Generalicja zaś, ci owiani legendą oficerowie napoleońscy, zawiedli. Właściwie – zdradzili.
Każdy z kolejnych głównodowodzących czuł się zobowiązany przysięgą wobec cara i liczył na jego wspaniałomyślność. Chłopicki wypuścił Konstantego, woląc w listopadową noc grać w karty, a później zaniechał zbrojeń. Skrzynecki, którego marzeniem było zostać adiutantem carskim, nie połączył się z korpusem litewskim (40 tysięcy Polaków, Litwinów i Rusinów pod bronią!) i nie rozbił carskiej gwardii stojącej na Podlasiu. Krukowiecki opuścił Warszawę, mając siły – wbrew legendzie – wcale nie mniejsze od Paskiewicza. Wreszcie Maciej Rybiński, kapitulant, któremu generalicja jednym głosem przewagi nad Józefem Bemem powierzyła dowództwo, oddał wojsko w ręce pruskie.
Osobista odwaga, którą rzeczywiście wykazali Chłopicki na Grochowie i Skrzynecki pod Ostrołęką, każę przypuszczać, iż chcieli raczej zginąć, niż pokonać wojska suwerena. Ich działania przypominają mi operację, jaką podczas ostrego dyżuru wykonał na wrzodzie mojej sempiterny pewien chirurg miękki. Następnego dnia fachowcy, proktolodzy, oglądali wyniki jego usiłowań (szczegółów oszczędzę) i na koniec jeden rzeki do drugiego: – Zrobił, żeby nie zrobić.

No więc zarówno skutek poczynań naszych wodzów, jak i pole ich działania wchodzi w zakres nieumiejętnego, a właściwie celowo chybionego zabiegu proktologicznego. Historycy kolejnych generacji, jak Wacław Tokarz i Jerzy Łojek, udokumentowali to szczegółowo.
A „armaty pod Stoczkiem zdobywała wiara…”. Do najkrwawszych bitew dochodziło prawdopodobnie właśnie wówczas, na początku XIX wieku. Zbroja już nie chroniła przed ciosami, a okop jeszcze nie otulał przed pociskami. Regulamin walki piechoty przewidywał, że przed atakiem na bagnety żołnierze oddadzą jedną salwę. Ale jeśli się spóźnili, to wróg ich rozstrzelał. Jeżeli strzelili za szybko – chybiali. Ginęła zwykle czwarta część albo nawet połowa batalionu. W1830 i 1831 roku nasi żołnierze bili się znakomicie. Szkoda, że zaufali zdrajcom.
I jeszcze trzeba pamiętać o tych młodych Polakach, jak Zaliwski czy Konarzewski, którzy tuż po powstaniu wracali do Polski, aby poświęcić dla niej życie. Jak Artur Zawisza, stracony parę lat po polskim buncie na ówczesnych rogatkach warszawskich, które dziś noszą nazwę placu Zawiszy. To Artura upamiętniono tą nazwą w Odrodzonej, a nie – jak się na ogół sądzi – słynnego rycerza. Bodaj, czy nie bardziej na to zasłużył.
